|
|

|
| Aneta Augustyn |
Mistrzostwa dla Fisha, medal dla Łukasza. Dobra trasa,
serdeczna atmosfera, fatalna pogoda - tak zawodnicy oceniają Mistrzostwa
Dolnego Śląska w Maratonie MTB im. Artura Filipiaka "Fisha", które rozegraliśmy
wspólnie 24 sierpnia 2008 w Zieleńcu. Mimo i ulewnego deszczu na starcie
pojawiło się aż 265 zawodników z Polski i Czech, których starterem był Ryszard
Szurkowski. - Najważniejsze to zmierzyć się samemu z sobą - mówił
najsławniejszy polski kolarz, honorowy patron imprezy. Kolarze mierzyli się z
zimnem, porywistym wiatrem, stromym zjazdem po stoku narciarskim i błotnistymi
ścieżkami w górach Bystrzyckich i Orlickich. Większość odważyła się na wersję
mini (32 km). Wariant mega (60 km) przejechały 63 osoby. Wśród kobiet najlepsza
była Ewelina Ortyl z Wrocławia, wśród mężczyzn - Łukasz Młodynia z Brzegu
Opolskiego. Ukończył dużą pętlę w czasie 2 godz. 24 min. 29-latek, który
prowadzi z ojcem firmę budowlaną, codziennie po pracy trenuje po sto
kilometrów. Przed maratonem wypił kawę i zjadł dwie bułki z dżemem. - To mi
wystarcza - śmieje się zdobywca tysiąca złotych i pucharu Ryszarda
Szurkowskiego. - Prawie co tydzień jeżdżę w zawodach rowerowych i muszę
przyznać, że te były świetne: dobra organizacja i fajna atmosfera. Najmłodszym
zawodnikiem był 12-letni Łukasz Czemarmazoiwcz. Najmłodsza wśród kobiet,
15-letnia Dorota Silarska otrzymała koszulkę z autografem Mai Włoszczowskiej,
która właśnie w Zieleńcu trenowała przed olimpiadą w Pekinie, gdzie zdobyła
srebro. Andrzej Maszczyński wśród braw został zaproszony na podium jako
najstarszy zawodnik. 73-latek z Wrocławia startował wspólnie z żoną, Teresą
Ćwik-Maszczyńską, która zajęła trzecie miejsce w swojej kategorii. Przy
kultowej piosence "Rower" nagrody wręczał jej autor, legendarny muzyk i
propagator rowerowania, Lech Janerka. Towarzyszyli mu Rafał Jurkowlaniec,
wojewoda dolnośląski, który również startował w maratonie, Edward Kondratiuk,
wiceburmistrz Dusznik oraz Łukasz Chojnacki, prezes Eurobanku, który był
głównym sponsorem imprezy. Artur, któremu poświęciliśmy ten maraton, pracował w
banku kilka lat jako informatyk. Eurobankowcy w specjalnie zaprojektowanych
koszulakch wystawili własną 30-osobową ekipę, z prezesem na czele (nie dojechał
do mety, bo na trasie przebił oponę razem z dętką). Jeden z bankowców, Rafał
Skuza, została uhonorowany nagrodą fair play za pomoc podczas wyścigu innemu
zawodnikowi. Przygotowaliśmy dla Was: 100 kg bananów, 100 kg arbuzów, 80 kg
pomarańczy, 1000 batonów, 600 litrów wody, 420 butelek napoju energetycznego,
40 kg ciasta drożdżowego, 50 kg ciastek. Mistrzowie otrzymali po tysiąc
złotych, a zdobywcy pozostałych wysokich miejsc - sprzęt fotograficzny i
sportowy oraz sportowe ubrania. - Logistyka takiego przedsięwzięcia jest
porównywalna do wyprawy na wojnę - mówi Andrzej Smalec, prezes KKZK. - W samym
dniu zawodów bezpośrednio zaangażowanych było prawie 40. osób: strażacy,
goprowcy, policjanci, strażnicy miejscy, lekarze z karetką pogotowia,
sędziowie, kucharze, obsługa pomiaru elektronicznego i motocykliści, którzy
otwierali i zamykali cały peleton.
Wiemy już od Was, gdzie były niedociągnięcia: za długa kolejka do rejestracji i
do stanowiska mycia rowerów oraz brak przenośnych toalet. Przygotowywaliśmy się
tylko pół roku, więc przepraszamy za błędy. Prosimy o przysyłanie opinii -
dzięki Waszym uwagom możemy wyciągnąć wnioski na przyszłość i lepiej
przygotować się do przyszłorocznej edycji.
Do zobaczenia za rok!
Liczymy na Wasze relacje i fotografie, które chcemy zamieścić na tej stronie.
Najlepsze z nich nagrodzimy pamiątkowymi koszulkami i upominkami. Czekamy do
końca września pod adresem: aneta.augustyn@wp.pl
|
| Paweł Piskoń |
Nr startowy "9". Po maratonie w Zieleńcu przez tydzień "gniewałem się" na
rower. Jedyne co zrobiłem, to nasmarowałem łańcuch, potraktowany wodą pod dużym
ciśnieniem podczas mycia, po dotarciu na metę. Zacznę jednak od początku.
O tym szczególnym maratonie dowiedziałem się od znajomych. Wiedzieli, że od
dłuższego czasu planuję start w jakimś wyścigu, ale jakoś nie mogę się
zdecydować i powiedzieć w końcu: "Jadę z wami". Tym razem była niepowtarzalna
okazja: odległość od miejsca zamieszkania stosunkowo niewielka, piękne tereny,
niska opłata startowa i coś więcej... Okazja, aby uczestniczyć w realizacji
marzenia naszego Rowerowego Brata, który musiał przedwcześnie zakończyć maraton
zwany życiem...
Zdecydowałem się na start. Widząc ludzi zjeżdżających do Zieleńca czułem
niezwykle miłą atmosferę. Sam byłem zestresowany z powodu debiutu, wciąż
myślałem o tym, czy poradzę sobie na trasie, optymizmem też nie napawała
pogoda, zaczęło lekko padać i znacznie się ochłodziło. Założyłem wszystko z
ubioru co miałem ze sobą, nawet zabrałem z domu rękawiczki ocieplane (dla
zasady, że biorę ze sobą wszystko co mam na rower), ale nie przypuszczałem, że
będę zmuszony je założyć w sierpniu... Jednego byłem pewien - cokolwiek się
stanie za kilka minut po starcie to nieważne. Liczy się to, że 24 sierpnia 2008
roku śp. Artur Filipiak zwyciężył - Jego marzenie o realizacji maratonu na
swoim terenie się spełniło.
Ruszyliśmy. Czytałem, że przejazd przez Zieleniec miał być stopowany przez
motocyklistów na przodzie. Może czołówkę blokowali, ale grupa, w której
jechałem dawała naprawdę ostro "na blacie". Nie chcąc być gorszy rwałem do
przodu, ale nie wiedziałem co mnie za chwilę czeka... podjazd, który mnie
trochę zmęczył, a to dopiero pierwsze metry... no nic, po chwili zjazd ze stoku
narciarskiego - fajne przeżycie, błoto spod kół zrobiło mi piękną maseczkę na
twarzy (mam nadzieję, że przeczytają to moi znajomi i nie będą więcej się
dziwić, że wyglądam tak młodo jak na swój wiek). Inna sprawa, że to samo błoto
starło prawie całkiem klocki w moich hamulcach felgowych. Kierowałem się więc
dalej zasadą, że: "kto hamuje ten przegrywa", jadąc na rowerze z prędkościami
niejednokrotnie większymi, niż bym sobie tego życzył...
Wszystko szło bardzo dobrze, złapałem tempo i trzymałem się na kole gościa,
który jechał całkiem nieźle (nie pamiętam numeru niestety, ale pozdrawiam i
przepraszam, że żerowałem na jego energii). Niestety kamieniste zjazdy, które
pokonywałem z zaskakującą nawet dla mnie samego skutecznością (mimo, że
pochodzę z płaskiej jak stół opolszczyzny) skończyły się dla mnie przebiciem
dętki. To był 17 kilometr, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka z
napisem: "game over". Po jakichś 10 sekundach szoku co tu dalej robić, podjąłem
w końcu męską decyzję - walczę do końca. Przejeżdżający w trakcie mojej analizy
sytuacji kolarze pytali się czy mam dętkę. To było miłe i jeszcze bardziej mnie
zmotywowało, żeby zabrać się "do roboty". Sytuacja wyglądała tak - wszystko
upaćkane błotem, ze mną w roli głównej. Kolejna trudność to mocowanie się z
taśmą, którą oblepiłem dętkę i pompkę przy sztycy. Na końcu miałem problem z
pompką bo źle założyłem uniwersalny zawór (pocieszam się, że to przez stres).
Po jakichś najbardziej dramatycznych 15 minutach mojego ścigania wróciłem do
gry. Przyznam, że jechałem bardzo ostrożnie, w głowie tym razem zapalała się
żółta lampka ostrzegawcza, przypominająca, że nie mam więcej dętek, a to
przecież połowa trasy... Czułem trochę goryczy, że musiała mnie spotkać taka
wątpliwa przyjemność. Najlepsze, że moja wyobraźnia podsuwała mi czarne myśli,
że jestem ostatni. Rzeczywiście w swoim ślimaczym tempie jechałem samotnie
jeszcze przez chwilę. Dopiero później dołączyłem do małej grupki, którą
wyprzedziłem dopiero na asfalcie przed linią mety. Uff... dojechałem.
Jak się okazało za mną zostało jeszcze jakieś 30 osób. Nie miałem jednak
wątpliwości, że każdy kto tego dnia zdecydował się na start był zwycięzcą. Nie
są to tylko puste słowa, które piszę "pod publikę". Na trasie widziałem ludzi
zmagających się ze zmęczeniem, kryzysami, upadkami na śliskim podłożu,
defektami rowerów. Sam doświadczyłem tego ostatniego i mimo zajęcia odległego
miejsca wiem, że wyszedłem zwycięsko z tej próby. Mogłem się wycofać i
powiedzieć: "to nie dla mnie". Ja często mawiam, że: "Kolarstwo górskie to
sport drobnych ludzi, ale o wielkich charakterach". Nie miałem wątpliwości, że
tego dna doświadczyłem na własnej skórze, że na trasie człowiek staje się
silniejszy, budzi się w nim wola do walki. Dlatego na koniec polecam każdemu
start w przyszłorocznym maratonie. Ja postaram się tak zaplanować czas, aby
pojawić się na linii startu w Zieleńcu za rok.
Na sam koniec chciałbym pogratulować organizacji, a także dużej życzliwości i
uprzejmości osób - szczególnie Panów stojących na bufecie, strażaków myjących
moją "maszynkę", a także Pań i Panów z biura zawodów.
|
| Witold Mokiejewski |
Wicemistrz świata z 1975 roku, uczestnik Wyścigu Pokoju, kibicował nam w
Zieleńcu: - Jestem zaskoczony tak wysoką frekwencją i znakomitą piknikową
atmosferą, mimo pogody, która trochę storpedowała wydarzenie. Na dużych
imprezach jest ciśnienie na wynik, za wszelką cenę. Tutaj natomiast czuło się,
że bardziej chodzi o uczestnictwo, niż o przesadne ambicje.
|
| Piotr Ozaist |
W Eurobanku jest liderem zespołu DRSI (departament wdrażania sieci
informatycznych), tego samego, którym wcześniej kierował Artur Filipiak: -
Razem z Arturem i grupą ludzi tworzyliśmy bankowość internetową. Nieraz
dyskutowaliśmy o sporcie: ja biegałem maratony, on był zapalonym cyklistą.
Nawzajem, półżartem, przekonywaliśmy się do wyższości jednej dyscypliny nad
drugą. Kiedy Artur był już poważnie chory, zajrzał do nas jeszcze kilka razy i
mówił, żebyśmy kontynuowali wspólna robotę, bo on chyba już nie da rady. Po
jego śmierci było dla mnie jasne, że wystartuję w Jego memoriale. Namówiłem też
kolegów, część z nich tak jak po raz pierwszy ścigała się po górach. Nie o
wyniki przecież chodziło, tylko o to, że pamiętamy i będziemy pamiętać. Jestem
pod wrażeniem bardzo dobrej organizacji i na pewno wrócę do Zieleńca za rok,
zdecydowanie na lepszym rowerze. Proponuję tylko, żeby zrobić osobne stanowiska
do rejestracji - dla tych, którzy wcześniej zapisali się poprzez internet i dla
tych, którzy zapisywali się dopiero w dniu zawodów.
|
| Jerzy Kucewicz |
Z Katowic, zdobywca drugiego miejsca w kategorii M5 (dystans mini): - Bardzo
dziękuję za umożliwienie uczestniczenia w tak wspaniałych, pod względem
atmosfery, rodzaju trasy i organizacji, zawodów. Pomimo trudnych warunków
atmosferycznych bardzo się cieszę, że mogłem brać w nich udział i szczęśliwie
umęczony dojechać do mety. Proszę tak trzymać i mam nadzieję, że będzie to
szczęśliwy początek cyklu takich zawodów w tak pięknych okolicach. Cieszę się,
że mogłem osobiście poznać tylu miłych ludzi. .Proszę dbać o zawodników i
atmosferę, tak jak to było teraz, a reszta będzie coraz lepsza.
|
|
Maciej Wardach
|
Z Kłodzka, 61. miejsce na dystansie mega: - Oglądam jeszcze raz zdjęcia z
imprezy, które dają mi wielką satysfakcję. Że byłem tam i jeszcze raz oglądając
przeżywam dziwne uczucie dowartościowania swego ego, w duchu się śmiejąc, że to
chyba jakiś masochizm. Ale te przeżycia nie były by tak wielkie gdyby właśnie
nie te dość obligatoryjne trudności, które trzeba było brać pod uwagę. Może
dzięki temu wszyscy czuli się jeszcze bardziej wyjątkowo. Każdy, kto
wystartował zasługuje na miano bohatera, dla samego siebie. A podziw ze strony
obserwatorów, którzy mimo, tak trudnych warunków i zimna, że mało nie spadł
śnieg, zagrzewali do walki. Za co też należą się im wielkie brawa acz w innej
kategorii, równie ważnej. Stworzyliśmy piękne zjawisko. Dzięki któremu cała
impreza nabrała wyjątkowego nastroju, gdzie panował duch wspaniałej zabawy z
uwzględnieniem poczucia wyjątkowego wspierania się na wzajem, czemu się
przyczyniły liczne awarie wynikające z przedziurawionych dętek i uszkodzeń
przerzutek spowodowanych błotem. I naprawdę miło było oddać komuś swoją dętkę,
mimo że mogło jej zabraknąć dla siebie. I nie było by tak zapewne gdyby właśnie
nie te warunki. To był prawdziwy sprawdzian wspaniałego zachowania się w
wyjątkowych warunkach. Kiedy możliwość zdobycia lepszego miejsca była
pokonywana przez odruch pomocy, stłumiony poczuciem "bike braterstwa", pod
którego wezwaniem wszyscy stawiliśmy się na tym starcie. To było i jest
ważniejsze od wszelkiego rodzaju zwycięstw, bycie pomocnym i tym wszystkim
bezimiennym, oprócz Artura oczywiście, dedykuję swoje wspomnienia. Z tą
świadomością wszystko widzi się zupełnie z innej strony. Na trasie czuło się
wyrozumiałe dla słabszych poczucie ich ważności, na tej właśnie trasie.
Naprawdę wyjątkowo, słyszało się krzyczącego kogoś o ustąpienie miejsca, a
jeśli już tak się stało, to było słychać opanowanie i spokój w głosie. Bo
wszystkim było ciężko. A silniejsi czuli na nich polegający ciężar poziomu
rywalizacji. I jechanie za kimś przez dłuższą chwile wcale nie irytowało, bo
widać było, ich wyjątkowe staranie się o przetrwanie i wysiłek. Bo musicie
wiedzieć, że trasa z powodu deszczu stała się naprawdę ekstremalnie trudna,
wytrzymałościowo i technicznie. Co dla wielu naszych "bike braci" było
szczególnym wyzwaniem, które należało podziwiać i wspierać. Wiadomo, że mogły
być, incydenty, ale ja ich nie widziałem. I wspominam tą właśnie atmosferę,
która ciągle nie może mnie opuścić i poczucie, że było w tym coś wyjątkowego.
Mając na plecach ciągle dreszcz emocji z poczuciem wyjątkowości tego
wydarzenia. Czuć było ducha Artura, który nie bez powodu, perfekcyjnie wymusił
u Pana Boga, właśnie taką pogodę, która zmuszała do takich zachowań, niczym na
Transkarpatii, która była dla niego tak ważna. A to, co daliśmy z siebie było,
prawdziwym hołdem oddanym właśnie jego marzeniom o walce w trudnych warunkach z
zachowaniem wspaniałych wartości. Bo tylko w takich właśnie warunkach mogą one
się w pełni sprawdzić. I ciągle nadziwić się nie mogę temu zbiegowi
okoliczności, jaki zaistniał, tylko na jeden dzień właśnie. Pogoda tak
radykalnie się zmieniła, co zdarzyło się, jako zapowiedź, też tylko przez jeden
dzień, poprzedniego tygodnia. Co było fer pley z jego strony. I temu też
chciałbym przypisać wielkie wyczucie tego, co "uczynił". Że skupił w tym dniu
tyle niespodzianek i wspaniałych ludzi. Poczynając od obecności legendy naszego
kolarstwa Ryszarda Szurkowskiego, a na Lechu Janerce kończąc, który jest
wielkim zwolennikiem i muzycznym propagatorem jazdy na rowerze. No i na koniec
ta wyjątkowo niesamowita i znienacka jeszcze bardziej wartościowa koszulka Mai
Włoszczowskiej zostawiona po treningu przed olimpiadą w Zieleńcu, skąd
pojechała zdobywać srebro, które stało się wspaniałym przypieczętowaniem tego
naszego skromnego maratonu, który był wielki dla każdego z nas. Jak dla mnie
jedynym zawodem był brak wyników z międzyczasami. Tak ważny zwłaszcza dla tych,
którzy się zdecydowali na dłuższy dystans, a nie mieli szczęścia dojechać bez
przeszkód do końca drugiego okrążenia. Co do wygody na trasie to może następnym
razem będzie więcej szarf oznaczających trasę zwłaszcza w miejscach gdzie były
rozdroża, No i wykrzykniki przy niebezpiecznych zjazdach, chociaż może nie
dostrzegłem z zachlapanych okularów? A dla tych, którzy potrzebowaliby
szybszego wzmocnienia się posiłkiem, można by pomyśleć o jeszcze jednym barze,
trochę wcześniej umieszczonym.
|
| Marcin Juchno |
Na wstępie, to bardzo dziękuję za świetna imprezę, jest to mój pierwszy w życiu
maraton, i nie mam porównania do innych. Bardzo smakowało mi jedzonko było
naprawdę ekstra, miła fajna atmosfera wśród organizatorów i kolarzy, świetne
miejsce na parking. Z minusów to brak chociaż jednego "toy toy"; siedząc w
aucie mieliśmy z żoną widok na siusiających kolarzy. Dumny jestem, że 100 kg
słoniny przyjechało na 125 miejscu :) Zapamiętałem sporo twarzy, mam nadzieję,
że spotkamy się za rok, a wtedy pogoda na pewno dopisze. Podziękowania dla
Artura, bo to właśnie jego historia zaintrygowała mnie do przyjazdu do Was.
Jeszcze raz wielkie dzięki i do zobaczenia za rok.
|
|
|